Harmonogramy – tak czy nie?
W moich wpisach często pojawiają się harmonogramy. Najczęściej podaję przepis a później go neguję. O co tak naprawdę z tymi harmonogrami chodzi?

Wielokrotnie czytając moje wpisy zetknęliście się pewnie z różnego rodzaju harmonogramami. Zachęcam Was również do tworzenia harmonogramów… a później mówię aby się ich nie trzymać. Skąd taka dwubiegunowość?

Z mojego doświadczenia wynika, że jak zaczynamy jakiś program nauki z dzieckiem, nie mając przywileju studiowania wcześniej metod, szukamy oparcia w planach i harmonogramach. Sama wprowadzając mojemu maluchowi matematykę posiłkowałam się harmonogramem. Nie miałam z tym większego problemu, bo po pierwsze był malutki a więc łykał wszystko co mu się pokazało, a po drugie mogłam nie mieć wiele rzeczy ale w tym czasie miałam zdecydowanie zapas czasu.

Prawda jest jednak taka, że to nie chodzi o harmonogramy, które możemy sobie spisać z jakiegoś źródła. Każdy rodzic pracujący ze swoim dzieckiem szybko nauczy się, czego temu dziecku trzeba, pod warunkiem, że zawierzy swojej intuicji. Czy to oznacza, że wtedy harmonogram pójdzie w kąt? Oczywiście, że nie. Lubimy mieć takie swoje małe mikroplany. Ale z pewnością nie będzie on zupełnie przypominał tego, co wdrażaliśmy na początku. A to bo dziecko zacznie szybciej się uczyć i jego zainteresowanie będzie szybciej się wypalało, a to bo zwyczajnie naszego czasu będzie mniej. Wszystko może się zdarzyć. Ale planowanie pozwala nam dojść do momentu, kiedy czujemy się bezpiecznie na danym terenie i możemy zacząć improwizować.

Dlatego, drodzy rodzice, posiłkujcie się harmonogramami, ale nie traktujcie ich jak wyroczni. Słuchajcie swoich dzieci i dostosowujcie plany do ich potrzeb. A z czasem sami zobaczycie, że to, co Wam pozostało z harmonogramu to zwyczajny plan w głowie, żeby móc przygotować sobie stosowne materiały dla dziecka na kolejne dni.

Jak zwykle zapraszam do dzielenia się uwagami, komentowania i bezpośredniego kontaktu.

Print Form