Metoda Domana – nasze początki

O Metodzie Domana pierwszy raz usłyszałam od mojej psiapsiuły, która na codzień mieszka za granicą. Od niej dowiedziałam się o kropkach i czytaniu globalnym. Elvisek miał już wtedy skończone półtora roku, a ja nie tylko wróciłam do pracy ale też byłam w trakcie zmieniania ścieżki zawodowej. Jednym słowem działo się. Jednak zakupiłam Subtelną rewolucję oraz zdobyłam karty do matematyki i zaczęliśmy działać.

I jak się można łatwo domyśleć poniosłam siermiężną porażkę. Raz, że coś u mnie z czytaniem ze zrozumieniem był jakiś zastój, a może to brak wiary w możliwości dziecka? Popełniłam wszystkie błędy, zbyt wolne pokazywanie, powtarzanie sesji, ścisły, niemożliwy do realizacji harmonogram. Dodam, że Elvisek kropki uwielbiał, lubił się nimi bawić, ale żeby wysiedzieć zadane w harmonogramie kilka sekund.. Koszmar. I kropki poszły do pudła, aż ponownie zetknęłam się z metodą na blogu Agi Basty teachyourbaby.pl. No i mnie olśniło. Jak mogłam być tak głupia? Stracony czas bolał mnie kilka dni, jak nie tygodni aż strzeliłam sobie kielicha (karmię, więc w kieliszku znalazła się tylko cytrynowa woda, ale jakże to działa na mózg) i przeanalizowałam nasze dotychczasowe poczynania jednocześnie zagłębiając się w to czym tak naprawdę Metoda Domana jest.

I okazało się, że jednak nie ma nad czym płakać. Bo o ile kropki poszły w kąt, Filozofia Domana przewodziła moim poczynaniom na co dzień. Przede wszystkim Elvisek od czwartego miesiąca życia chodził na basen. Uwielbiał rozrabiać w wodzie i jako jedyne dziecko w grupie ruszał nóżkami jakby płynął żabką jak chciał dopłynąć do piłeczki. Niedawno się okazało, że to musi być jakiś cudny gen, bo i Czupurek sprawnie żabkuje w wodzie. Nie blokowałam również jego rozwoju fizycznego w żaden sposób. Asekurowałam, byłam zawsze obok, ale nie blokowałam. Tak więc jak chciał wspinać się cały dzień po schodach, to się wspinał. Jak chciał biegać to biegał. Do dzisiaj jak wymyśli sobie jakąś aktywność fizyczną pozwalam mu próbować, będąc w razie czego pod jego ręką. Oczywiście takie podejście przerażało niektóre osoby, w tym najbardziej moją ciocię która często u nas bywała jak Elvisek był mały, ale przeżyłam i te batalie. Takie podejście oznaczało też nieustanne obserwowanie dziecka, czasem milionowe włażenie schodek po schodku, czasem bieganie kilometrów na około domu. Nie szkodzi.

Do tego doszło nasze codzienne muzykowanie. Jestem muzykalna i dużo rzeczy wyrażam muzyką. Czasem podśpiewuję piosenki pasujące do kontekstu, lubię słuchać muzyki w tym muzyki klasycznej. Naturalnie moje dzieci są wystawiane na moją muzykę. Do tego Elvisek przejawia już od dawna bardzo duże zainteresowanie muzyką, pięknie śpiewa i nie wiem w jakim stopniu to jest moja zasługa a w jakim zwyczajnie dobre geny. Ale codziennie śpiewamy, tańczymy, mamy swoje piosenki rytuały – na przykład na dzień dobry śpiewamy naszą wersję Good Morning, piosenki z kultowego musicalu Singing in the Rain i witamy po kolei różne przedmioty ale i części ciała. Uwielbiamy też płyty Pomelody oraz Pam Pam Pam.

Odpowiadam na wszystkie pytania, jak tylko coś zainteresowało mojego synka starałam się podsycać to zainteresowanie i karmić je wszystkimi możliwymi informacjami. Miał na przykład szał na kształty i kolory i absolutnie wszędzie szukaliśmy kształtów i kolorów, rysowaliśmy kształty, nawet na piasku nad morzem był na to czas. I chodź zawsze miałam dużo na głowie, staram się maksymalnie wykorzystać zainteresowanie dziecka i spożytkować je w dobry sposób. Odkładanie takich momentów na później nigdy nie działa, więc unikam jak ognia odmawiania dziecku.

Okazało się, że i moje rodzina wpisuje się idealnie w Filozofię Domana. Moja babcia, kobieta, która wychowała dwóch chłopców i w znacznym stopniu mnie samą, zawsze mi powtarzała, że do dziecka trzeba dużo mówić. Ale nie pierdoletek, tylko prowadzić z nim prawdziwe konwersacje. Dlatego normalnym u mnie było prowadzenie wartościowych dialogów, a czasem monologów do moich dzieci od urodzenia. W sklepie, maluch pomagał mi zawsze wybierać ubrania, czy to tam akurat kupowaliśmy. W domu każdy przedmiot zainteresowania był opowiedziany. Również każda nowa rzecz, jedzenie, zapach, jaki pojawiał się w okolicy był przynajmniej nazwany. Jesteśmy ogólnie rozgadaną rodziną i stąd dzieci mają czego słuchać. A słuchają w dwóch językach bo mówię do dzieci po polsku i po angielsku. Podobnie jak tata:) Babcia również zawsze traktowała subtelne zachowania maluszków jako kierunkowe celowe działania. Na przykład to, że dziecko zawsze zwracało uwagę na zegar namalowany na kuchennej macie traktowała nie jak przypadek, upodobanie koloru, ale realną wiedzę, bo przecież ona wiele razy mówiła dziecku, że to zegar więc ono juz to zna. Jakże zbieżna w tej kwestii jest z Domanem.

Dbałam też zawsze o mnogość bodźców. U maluchów te dotykowe na ogrodzie – ile było radości z dotykania różnych roślin. Mój syn chodzi też na boso. Gdzie może. Całe lato na dworze, ale i w domu chodzimy na boso. Wszystko po to, żeby całe ciało miało szanse rozwijać mózg:)

Do tego podróże małe i duże, czytanie niezliczonej liczby książek, do oporu, recytowanie wierszy. Podążanie za dzieckiem.

Tak, kropki poszły w kąt. Ale nie zmarnowaliśmy tego czasu. A teraz z Czupurkiem szalejemy i z kropkami i z czytaniem, Elvisek też ogląda już karty do czytania, oczywiście Bity i w dalszym ciągu realizujemy wiele programów, które nie są strikte programami flashcardowymi, chodź dzisiaj staram się zawsze uzupełniać biblioteczkę i tworzyć bity podążające za zainteresowaniami moich dzieci. I póki co, jeszcze udaje się mi być o krok przed nimi, chodź, przyznam, czasami muszę sama się doszkolić, bo pewne tematy umknęły już z mojego umysłu.

Dlatego z całą pewnością mogę potwierdzić. Jestem Aga i jestem domanującą mamą.

Print Form